Senat Politechniki Białostockiej podjął uchwałę w sprawie nadania prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Bohdalowi, rektorowi Politechniki Koszalińskiej w latach 2012-2020, tytułu doktora honoris causa uczelni. Uroczystość nadania tytułu odbędzie się we wrześniu w Białymstoku. Z prof. Tadeuszem Bohdalem rozmawiamy o pracy naukowej, kształceniu studentów, pracy z doktorantami i o relacji między nauką a codziennym życiem.
– Panie Profesorze, jest Pan dumny z tytułu doktora honoris causa, który wkrótce Pan otrzyma?
– Byłbym bardzo nieszczery, gdybym powiedział, że nie. Wielu profesorów marzy o takim wyróżnieniu. W nauce polskiej są dwa sposoby uhonorowania naukowca. Jednym z nich jest uzyskanie członkostwa Polskiej Akademii Nauk. To ogromne, bardzo prestiżowe wyróżnienie. PAN liczy 300 członków i jeśli zwolni się miejsce, zarządza się wybory uzupełniające. Kiedy byłem przewodniczącym Komitetu Termodynamiki i Spalania PAN kilku profesorów ubiegało się o członkostwo. Przygotowywałem opinie i niektórym się udało.
Drugą, równoległą ścieżką jest doktorat honorowy. Środowisko akademickie docenia daną osobę za osiągnięcia naukowe, współpracę z innymi naukowcami, kształcenie młodej kadry, wdrożenia gospodarcze. To jest zresztą w jakimś stopniu dzieło przypadku, bo muszą człowieka dostrzec, muszą docenić jego pracę, potrzebna jest przy tym akceptacja środowiska.
– Pana doceniło szczególnie środowisko akademickie Politechniki Białostockiej.
– Od ponad 20 lat współpracuję z tą uczelnią, w szczególności z Wydziałem Mechanicznym i Katedrą Techniki Cieplnej. Stale wymieniamy się doświadczeniami dotyczącymi programu studiów na kierunku Energetyka, budowy stanowisk laboratoryjnych, zakupu oprzyrządowania i aparatury pomiarowej. Kilkakrotnie przygotowywałem recenzje monografii i rozpraw doktorskich, które powstały na Politechnice Białostockiej. Przygotowywałem też opinie związane z procedurą nadania tytułu profesora pracownikom tej uczelni. Tam zresztą pracują niektórzy moi dawni studenci. Naukowcy z Politechniki Białostockiej z kolei recenzowali doktoraty, które powstawały pod moim kierunkiem. Jako przewodniczący komitetu Termodynamiki i Spalania PAN współpracowałem też z tą uczelnią przy organizacji konferencji naukowych.
Od astronomii do ekologii
– Odejdźmy na chwilę od tematyki naukowej. Kiedy wpisze się w internecie nazwisko Bohdal to odnajdujemy biografię Pana Profesora i Jolanty Bohdal. To aktorka, pamiętna Kasia Rochowicz, żona głównego bohatera kultowej komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. Przypadek?
– Nie. Mój ojciec i ojciec Joli to byli bracia. Ona urodziła się w 1942 r., jeszcze na Kresach – w Nieświeżu. Tam żyła bardzo liczna nasza rodzina, dziadkowie mieli dużo dzieci. Dziś już nie jesteśmy w stanie zliczyć wszystkich kuzynów. Jola ma starszą siostrę Alicję. Ich ojciec, który był moim chrzestnym, przeszedł front z II Armią Wojska Polskiego. W Świdwinie upatrzył poniemieckie ogrodnictwo, postanowił, że tu zostanie i napisał do żony, żeby do niego dołączyła. Żona namówiła moją babcię i razem z dziećmi i inwentarzem przyjechały do Świdwina. Kilkaset metrów od ich domu zamieszkał mój ojciec i ja tam dorastałem.
Ala i Jola po maturze wyjechały ze Świdwina. Ich ojciec niestety poważnie zachorował i dość szybko zmarł. Matka wyszła za mąż za brata mojej mamy i razem wyprowadzili się do Starogardu Gdańskiego. Alicja skończyła psychologię. Zatrudniła się w Służbie Więziennej i doszła tam nawet do stopnia majora. Wyszła za mąż za dziennikarza telewizyjnego Karola Sawickiego, który w latach 80. prowadził program informacyjny Panorama w drugim programie Telewizji Polskiej. Ale to małżeństwo nie przetrwało próby czasu.
Jola natomiast ukończyła Akademię Teatralną, najpierw występowała w Lublinie, potem w Warszawie. Grała m.in. w filmach Stanisława Barei i Stanisława Jędryki. Przez jakiś czas mieszkała w Szczecinie, próbowała sił jako reżyser. Potem wróciła do stolicy, uczyła dykcji w szkole muzycznej. Odwiedziłem ją kiedyś w Warszawie, bardzo gościnnie mnie przyjęła. Na emeryturze obie sprzedały mieszkania i wyprowadziły się do Starogardu Gdańskiego. Opiekują się domem rodzinnym.
– Pana z rodzinnego Świdwina popchnęły w świat techniczne zainteresowania?
– Nie od razu tak było. W Świdwinie działało liceum pedagogiczne, ale władze postanowiły zamienić je w liceum ekonomiczne. Miałem więc zostać ekonomistą. W rodzinie namawiali też, żebym poszedł do technikum mechanizacji rolnictwa. Uczyli się tam kuzyni. Ciocia mówiła: idź, zdobędziesz zawód, szybko znajdziesz pracę. Tak się złożyło, że liceum ekonomiczne zostało zamienione w ogólnokształcące. I ja na przekór wszystkim wybrałem nowo utworzony ogólniak.
– Ja kończyłem LO w Połczynie Zdroju. Nauczyciele często mówili nam, że ten ogólniak po sąsiedzku w Świdwinie taki młody jest.
– My też wciąż słyszeliśmy, że to szkoła bez tradycji. Nauczyciele zamiast podbudowywać, zniechęcali nas. Ciągle mówili, że musimy się dużo uczyć, bo wcale nie jesteśmy tacy dobrzy, że będziemy mieli kłopoty, możemy na nic się nie dostać. Najpierw planowałem wybrać się na jakiś ścisły, teoretyczny kierunek: matematykę albo fizykę. Dobrze mi szły te przedmioty. Potem jeden z nauczycieli „zaraził” nas astronomią, więc rozważałem Uniwersytet Mikołajka Kopernika w Toruniu. Któregoś dnia jednak do szkoły przyjechali studenci Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie. Mówili, że to nowa uczelnia, są wygodne akademiki, przyjaźnie nastawieni nauczyciele, nie ma tłoku. Kolega mówi: „Tadek, chodźmyrazem do Koszalina, dostaniemy akademik”.
– Na uczelnię trafił Pan za namową kolegi?
– Niezupełnie. Z naszego ogólniaka sześć osób się zdecydowało, prawie wszystkie wybrały budownictwo. Ja na przekór złożyłem dokumenty na Wydział Mechaniczny. Egzaminy wstępne trwały tydzień. Wpadłem w popłoch, bo kandydaci, którzy spacerowali po korytarzu, dyskutowali o takich rzeczach, o których – tak mi się zdawało – nie miałem pojęcia. Ale kiedy zaczęliśmy rozwiązywać zadania, stale ktoś trącał mnie łokciem, żebym podpowiedział. Ostatecznie znalazłem się w piątce osób przyjętych na pierwszy rok z najlepszymi wynikami. Podczas uroczystej inauguracji indeks wręczał mi sam rektor Jerzy Smoleński.
A kolega, który tak bardzo namawiał mnie na studia w Koszalinie, wcale nie złożył dokumentów. W życiu warto więc iść własną drogą.
– A Pan dobrze się odnalazł w Koszalinie.
– W czasie studiów byłem starostą roku i, nie chwaląc się, byłem jednym z najlepszym absolwentów. Wybrałem specjalność maszyny przemysłu spożywczego, ze specjalizacją: urządzenia chłodnicze. Opiekujący się specjalnością docent Marian Czapp zapowiedział, że w Zakładzie Termodynamiki i Chłodnictwa potrzeba asystentów i jeszcze w czasie studiów zaproponował mi pracę. Chwilę się wahałem, bo miałem też propozycję pracy w zakładzie przemysłowym. Kto wie, może zostałbym dyrektorem?
W każdym razie nigdy nie żałowałem decyzji o wyborze studiów w Koszalinie, cieszę się, że wybrałem Wydział Mechaniczny. W mniejszym ośrodku o wiele wygodniej się żyje: wszędzie jest blisko, nie ma pośpiechu. Choć być może trzeba więcej pracować, żeby gdzieś w Polsce albo na świecie człowieka zauważyli.
– Pan chyba nie może narzekać na brak uznania.
– Najłatwiej poszło mi z profesurą, najtrudniej z doktoratem. Docent Marian Czapp zaproponował, żebym w ramach pracy nad doktoratem zajął się badaniem wymiany ciepła w przepływach dwufazowych i wyznaczył miejsce w laboratorium, gdzie miałem zbudować sobie stanowisko badawcze. Opracowałem koncepcję stanowiska, uczelnia dawała pieniądze, ale, jak to w PRL-u brakowało maszyn i urządzeń. W dodatku robotnicy robili wszystko bardzo ślamazarnie. Kiedy skończyli, okazało się, że brakuje czynnika chłodniczego. Trzeba było mieć przydział. Byliśmy akurat z żoną i grupą studentów na obozie naukowym w okolicach Żywca. Ja i żona pojechaliśmy do firmy w Gliwicach, która zajmowała się sprzedażą środków chemicznych, dotarliśmy do pracownika, który był odpowiedzialny za przydziały. Poświęciliśmy nasze kartki na alkoholi po długich perypetiach udało nam się zdobyć 200 litrów tego czynnika. Dzięki temu mogłem kontynuować badania. Młodzi ludzie nie rozumieją tamtych realiów.
Kiedy stanowisko badawcze miałem już gotowe, praca nad doktoratem poszła gładko. Po kilku miesiącach w 1986 r. na Wydziale Mechanicznym Politechniki Szczecińskiej z wyróżnieniem obroniłem rozprawę doktorską. Dostałem za nią zresztą nagrodę ministra.
– Nauczyciele z liceum bardzo się więc w przypadku Pana pomylili.
– Myślę, że tak. W nauce, tak jak w życiu, trzeba mieć trochę szczęścia. Trzeba też trafić na odpowiednich ludzi. Nasza katedra współpracowała z naukowcami z Instytutu Maszyn Przepływowych w Gdańsku. Koledzy pomogli mi rozstrzygnąć wiele wątpliwości. Niektórzy są dziś profesorami i wciąż mam z nimi kontakt.
Warto też być konsekwentnym i nie liczyć na szybkie, nietrwałe osiągnięcia. Mnie determinacji nie brakowało: jako jedyny spośród sześciu osób, które zostały asystentami w mojej katedrze, obroniłem pracę doktorską. Po doktoracie liczyłem na to, że odpocznę, ale wszedł przepis, że w ciągu 9 lat trzeba zrobić habilitację.Na fali zainteresowania ekologią rozpoczęliśmy badania wrzenia proekologicznych czynników chłodniczych. Instytucje na całym świecie zaczęły badać właściwości nowych czynników chłodniczych. Z powodzeniem zastępowały one używane wcześniej freony, które niszczą warstwę ozonową. Miałem grupę współpracowników, przygotowałem wniosek i udało się uzyskać dofinansowanie. Efektem tych badań była monografia.
W międzyczasie udało się zdobyć grant, który umożliwił prowadzenie dalszych badań związanych z habilitacją. Dotyczyły procesu wrzenia pęcherzykowego czynników chłodniczych. To były pionierskie badania, niewiele ośrodków w świecie zajmowało się tą tematyką.
– Prowadził Pan zajęcia i pełnił już wtedy funkcję prodziekana ds. nauczania Wydziału Mechanicznego. Udało się połączyć te obowiązki z pracą naukową?
– Tak i z perspektywy czasu uważam to za swój mały sukces. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych uczelnia uzyskała uprawnienia do habilitowania w dyscyplinie budowa i eksploatacja maszyn. Prof. Wojciech Kacalak, który wtedy pełnił funkcję dziekana Wydziału Mechanicznego, zgodził się żebym jako pierwszy przystąpił do kolokwium habilitacyjnego. Pierwsza habilitacja w uczelni to było wydarzenie, przyjechała telewizja, byli oficjalni goście. Potem udało się zdobyć kolejny grant, dzięki któremu powstała książka profesorska. W ciągu kilku miesięcy wniosek z nominacją profesorską trafił na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
– Wtedy z kolei łączył Pan tę pracę z obowiązkami prorektora do spraw nauki, a potem rektora.
– Objęcie funkcji prorektora to było w jakimś stopniu dzieło przypadku. Dobrze wspominam ten okres, dział nauki funkcjonował bardzo sprawnie. Kiedy zaczął się zbliżać czas wyborów rektora, pojawiły się pytania, czy wystartuję. Kończący kadencję rektora prof. Tomasz Krzyżyński namawiał na start, parlament studentów też udzielił mi poparcia. Zdecydowałem się więc na kandydowanie i w drugiej turze zdobyłem najwięcej głosów. Prowadziłem nadal zajęcia, miałem doktorantów.
Już wcześniej - zaraz po uzyskaniu habilitacji - zaczęli zgłaszać się młodzi ludzie, którzy chcieli pod moją opieką przygotowywać doktoraty. Jako pierwszy zgłosił się mój nauczyciel Henryk Charun, później Waldemar Kuczyński, obecny dziekan, który pod moim kierunkiem przygotował pracę inżynierską i magisterską. Pytał, czy nie będę miał nic przeciwko, jeśli będzie kontynuował moje badania dotyczące kanałów konwencjonalnych tylko w odniesieniu do minikanałów. Powiedziałem, że będę szczęśliwy no i powstał bardzo ciekawy doktorat. Potem zgłosił się Piotr Piątkowski, który był prodziekanem na naszym wydziale. Badał procesy zachodzące w silnikach spalinowych. Byłem promotorem doktoratu także obecnej pani prodziekan, prof. Małgorzaty Sikory i prof. Marcina Kruzela.
W sumie wypromowałem dziewięciu doktorów, niektórzy obronili z wyróżnieniem. Piszę recenzje prac doktorskich młodych naukowców z innych uczelni, przygotowuję recenzje do habilitacji i opinie do wniosków profesorskich. W 2025 r. miałem bardzo dużo pracy.
Przyjaciel studentów
– Pana doktoranci mówią, że jest Pan łagodnym człowiekiem, ale stanowczym. Nie ma pobłażania, nie ma marnotrawienia czasu.
– Na wiele im pozwalam, ale w granicach normy. Przychodzą zapytać, skonsultować. Wiedzą, że nigdy nie obsztorcuję, nawet jeśli z pozoru coś głupiego wymyślą. Staram się wytłumaczyć, podpowiedzieć. Współpraca musi odbywać się na zasadzie mistrz-uczeń. Oni podejmują wysiłek, a ja ich wspieram. Cieszę się jeśli młody człowiek osiągnie sukces.
Młodzież zawsze się do mnie garnęła, w pewnym momencie miałem równocześnie nawet kilkunastu doktorantów. Choć nie każdy ma cechy naukowca. Nie każdy chce systematycznie pracować.
– Podziękował Pan komuś?
– Nie, sami sobie dziękowali. Jedna pani się rozchorowała, druga stwierdziła, że inny promotor będzie lepszy, choć do dziś nie zrobiła doktoratu. Ktoś się ożenił, ktoś wyjechał.
Jeśli doktorant jest bardzo dobry, gna do przodu, to nie można go hamować, wystarczy sprawdzać, czy nie zbacza z właściwej drogi. Jeśli jest słabszy – trzeba podać rękę, podpowiedzieć, umówić się, że jeśli coś napisze, to żeby od razu wysłał do sprawdzenia.
– Pan ponoć odpowiada błyskawicznie.
– Nawet w czasie weekendu co najmniej 10 razy zaglądam do skrzynki mejlowej. Jeśli gdzieś wyjeżdżam, zabieram ze sobą komputer i dbam o łączność. Bywa, że ktoś pisze o 20 w niedzielę, że ma ciekawy pomysł. Jeśli mam czas, to staram się od ręki odpowiadać. Znam profesorów, którzy, kiedy zacznie się weekend, do poniedziałku komputera nie otworzą. A ja działam w sposób ciągły. Takiej pracy nauczył mnie dr Krzysztof Majka, z którym najpierw jako student miałem zajęcia, a potem dzieliłem pokój w kampusie przy ul. Racławickiej. On zaangażował się w pracę w dyplomacji: był konsulem w Bombaju, a następnie ambasadorem w Delhi. W międzyczasie pełnił funkcję senatora, a potem był ambasadorem w Korei Południowej. Patrzyłem jak pracuje: wciąż zebrania, spotkania, coś trzeba napisać, z kimś porozmawiać.
Pytam kiedyś: „Krzysiu, jak ty dajesz radę?!”. A on na to: „Odpoczywam dynamicznie. Jeśli mam godzinkę – odpocznę, jeśli mam dwie godziny – znów odpocznę”. Bardzo mi się ten wypoczynek dynamiczny spodobał. Chętnie go stosowałem kiedy byłem rektorem.
– Jak Pan wspomina pracę na stanowisku rektora?
– Jestem człowiekiem, który lubi radzić się innych, ostatecznie jednak staram się zawsze mieć własne zdanie. Kiedy zostałem rektorem, od razu uzgodniłem warunki współpracy z Biurem Rektora. Drobne, rutynowe sprawy były załatwiane od ręki, te bardzo istotne – po dłuższym namyśle, ale bez zbędnej zwłoki.
Atmosfera była bardzo dobra, ale pracownicy wiedzieli, że u mnie wszystko musi być załatwione w terminie. Nie ma miejsca na improwizację. Lubiłem, jeśli te najważniejsze sprawy były przygotowywane dzień wcześniej.
Pełnienie funkcji rektora jest bardzo wymagające. Trzeba czuwać nad całą instytucją, podejmować czasem bardzo trudne decyzję. I do tego jest mnóstwo wydarzeń: od spotkania w przedszkolu, poprzez zawody sportowe, aż po spotkanie z ministrem. Trzeba to umieć selekcjonować. I stale żyć w trybie czuwania. Dobrze, że na tym stanowisku jest kadencyjność.
– Powierzano Panu pełnienie wielu ważnych funkcji. Jak Pan zdobywał zaufanie społeczności akademickiej?
– Nigdy nie miałem dalekosiężnych planów, nie przyjmowałem postanowienia, że zostanę, profesorem, szefem katedry czy rektorem. Jedną kadencję byłem przewodniczącym Kolegium Rektorów Województwa Zachodniopomorskiego i tego też nie planowałem. Podobnie było z wyborem na przewodniczącego Komitetu Termodynamiki i Spalania. Na spotkanie wyborcze dotarłem w ostatniej chwili. Prof. Jarosław Mikielewicz, członek rzeczywisty PAN, powiedział, że dzień wcześniej było nieoficjalne spotkanie, na którym postanowiono wystawić moją kandydaturę. Miałem minutę na wyrażenie zgody. Przed głosowaniem zgłoszono jeszcze kandydata z Warszawy, ale ja dostałem więcej od niego głosów.
Wybór na drugą kadencję był już właściwie formalnością. Potem profesorowie chcieli, żebym kandydował jeszcze na trzecią kadencję, ale im wytłumaczyłem, że regulamin tego zabrania. Skoncentrowałem się wtedy bardziej na prowadzeniu zajęć dydaktycznych.
– Lubi pan pracę ze studentami, z młodymi ludźmi?
– Bardzo lubię i chyba się z nimi dobrze dogaduję. Choć dziś studenci są inni, niż 20 czy 30 lat temu. Nie są gorsi, są bardziej zajęci, wielu z nich pracuje. Frekwencja, w szczególności na studiach dziennych, nie jest zbyt wysoka. Najważniejsze jednak, że przyswajają wiedzę, kiedy jest kolokwium oddają kartki z prawidłowymi odpowiedziami.
– Autorytet profesora mobilizuje.
– Staram się nie być sztywny, traktuję studentów po partnersku. Raz zdarzyła się dziwna sytuacja. Rozmawiałem w pokoju z innym profesorem, kiedy przyszedł student. Zobaczył, że my siedzimy, to i on usiadł. A na to kolega profesor: „A kto panu pozwolił usiąść? Czy profesor powiedział, żeby pan usiadł?”. Chłopak był skonsternowany, mnie też zrobiło się bardzo przykro.
– To nie jest w Pana stylu?
– Zdecydowanie nie! Każda grupa studencka ma mój numer telefonu. Nie nadużywają zaufania, nikt głupich sms-ów nie wysyła mi w nocy. Ale przecież różne sytuacje mogą się zdarzyć. Prowadzę zajęcia w Filii w Szczecinku. Kiedyś musiałem czekać w trasie, bo wydarzył się wypadek i był korek. Zadzwoniłem do studentów, żeby poczekali. Czekali trzy godziny!
Kiedy prowadzę wykład i widzę, że po pół godzinie studenci są już zmęczeni, robię pauzę i staram się np. podać jakieś historie z życia naukowca. Jeśli np. mówimy o grawitacji zatrzymujemy się na Isaacu Newtonie, który, jak głosi przekaz, siedział pod drzewem, dostał jabłkiem w głowę i długo zastanawiał się dlaczego jabłko zawsze spada w dół. W ten sposób odkrył powszechne prawo ciążenia. Jeśli mówimy o drugiej zasadzie termodynamiki, zawsze przywołuję postać Rudolfa Clausiusa. Podkreślam, że to nasz, koszaliński naukowiec.
– Może dlatego tak Pana cenią, że Pan umie wiedzę teoretyczną odnieść do życia?
– Wystarczy spojrzeć przez okno, żeby znaleźć potwierdzenie naukowych teorii. Jeśli mam wykład z termodynamiki powietrza wilgotnego, nawiązuję do zjawisk pogodowych. To jest gra dwóch parametrów: temperatury i ciśnienia cząstkowego pary wodnej. Dzisiaj rano na przykład temperatura była bardzo niska, dlatego mieliśmy mgłę, bo fazą stabilną dla pary wodnej jest faza ciekła. Gdyby był mróz, wilgoć byłaby w stanie lodu i mielibyśmy szron. Po południu zrobiło się ciepło i mamy wilgoć w postaci gazowej, powietrze jest przezroczyste. Tu nie ma żadnych czarów, a są zwykłe prawa fizyki.
Ciałem człowieka rządzą te same prawa. Przekonałem się o tym, kiedy oglądałem podręcznik, z którego uczyła się moja córka.
– Co było w tej książce?
– Córka zrobiła doktorat z genetyki, jest adiunktem w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Ma dwie specjalizacje z neurologii i genetyki. Kiedy była studentką, stale siedziała nad podręcznikami. Raz, kiedy przyjechała na święta, przywiozła książkę do fizjologii człowieka. Otworzyłem i stwierdziłem, że tam jest czysta fizyka: wymiana ciepła, termodynamika. Jest mechanika płynów: przepływy, opory przepływów. Patrzyłem ze zdziwieniem. Ona na to: „A co ty tata myślisz, że w człowieku nie ma tych samych zjawisk, co w całej przyrodzie!?”.
Utkwiło mi to w pamięci. I właśnie temu, jak fizyka, a w szczególności termodynamika wpływa na całe nasze życie, poświęcę wykład, który wygłoszę we wrześniu na Politechnice Białostockiej, w czasie uroczystości wręczenia tytułu doktora honoris causa. Tekst wykładu już wysłałem do Białegostoku, bo trzeba go wydrukować w wydawnictwie okolicznościowym. Podam kilka ogólnych zasad termodynamiki, a potem będę się starał uświadomić odbiorcom, że każdy z nas prawie na każdym kroku ma do czynienia ze zjawiskami termodynamiki: gospodyni kiedy gotuje obiad, lekarz gdy bada organizm pacjenta, rolnik, kiedy pielęgnuje rośliny.
– Rośliny, a w szczególności te kwitnące, to chyba Pana hobby. Można się o tym przekonać, kiedy się śledzi Pana profil w portalu społecznościowym.
– W rodzinie mamy zasadę, że w internecie nie umieszczamy zdjęć osób, w szczególności dzieci. Wstawiam więc zdjęcia z wydarzeń na uczelni, albo pokazuję nasze kwiaty. Ogród to hobby mojej żony. Mieszkamy na terenie po byłym poligonie, uprawa nie jest łatwa, ale udało się urządzić rabaty kwiatowe. Hiacynty już mają szyszki i są gotowe do strzału. Lada moment zakwitną tulipany. Mamy ich chyba z 200, głównie żółte, bo w którymś roku przyszła zaraza i inne kolory wyginęły. Później będą dalie czyli georginie, róże i szałwie. Żona na prawie całe lato wyjeżdża do swojego drugiego ogrodu na Lubelszczyźnie, który odziedziczyła po rodzicach. Ja zostaję w Koszalinie i się zajmuję wtedy nawożeniem, podlewaniem. Dlatego tyle wiem o roślinach. Ogród to dobre miejsce do naukowych obserwacji.
Rozmawiał: Jarosław Jurkiewicz
Prof. dr hab. inż. Tadeusz Bohdal (ur. 1953 r. w Świdwinie) to wybitny specjalista w dziedzinie termodynamiki, chłodnictwa i energetyki. Jego kariera naukowa i zawodowa nierozerwalnie wiąże się z Politechniką Koszalińską (dawniej WSI), gdzie przeszedł wszystkie szczeble awansu – od asystenta po rektora uczelni.
Tadeusz Bohdal ukończył Wyższą Szkołę Inżynierską w Koszalinie (dziś Politechnika Koszalińska) w 1978 r. Stopień doktora uzyskał na Politechnice Szczecińskiej (1986), a doktora habilitowanego na Politechnice Koszalińskiej (2002). W 2007 roku Prezydent RP nadał mu tytuł profesora nauk technicznych. Związany zawodowo z Politechniką Koszalińską od 1976 roku, pełnił liczne funkcje: prodziekana Wydziału Mechanicznego do spraw nauczania (1996 – 2002), dyrektora Centrum Chłodnictwa, Pomp Ciepła i Klimatyzacji (2004 – 2008), kierownika Katedry Energetyki na Wydziale Inżynierii Mechanicznej i Energetyki Politechniki Koszalińskiej (od 2008 r.), prorektora ds. nauki i współpracy z gospodarką (2008 – 2012), rektora Politechniki Koszalińskiej (2012 – 2020). Od 2008 roku jest członkiem Komitetu Termodynamiki i Spalania Polskiej Akademii Nauk (KTiS PAN), a w latach 2016–2023 pełnił funkcję przewodniczącego tego komitetu.
Działalność naukowa i wdrożeniowa prof. Tadeusza Bohdala skupia się na zagadnieniach związanych z termodynamiką techniczną, chłodnictwem, wymianą ciepła, przepływami dwufazowymi oraz energetyką. W tych obszarach naukowiec prowadził liczne badania eksperymentalne i teoretyczne, których wyniki znalazły odzwierciedlenie w publikacjach naukowych, pracach wdrożeniowych oraz projektach realizowanych we współpracy z przemysłem. Profesor Tadeusz Bohdal jest uznawany za twórcę koszalińskiej szkoły naukowej w zakresie chłodnictwa i pomp ciepła. Wypromował 9 doktorów oraz 269 magistrów i inżynierów w zakresie kierunków technicznych, głównie w specjalności energetyka cieplna i chłodnictwo. Kierował i brał udział w realizacji licznych projektów badawczych finansowanych z budżetu państwa i funduszy unijnych. Jest pomysłodawcą i głównym realizatorem kierunku energetyka na Politechnice Koszalińskiej. Jest autorem lub współautorem ponad 350 publikacji naukowych i naukowo-technicznych (krajowych i zagranicznych), w tym ponad 50 z listy JCR, 12 książek (w tym dwóch wydanych przez PWN) oraz ponad 150 udokumentowanych opracowań dla podmiotów gospodarczych.
Profesor Bohdal jest Honorowym Obywatelem Świdwina i aktywnym działaczem społecznym (współpraca z PCK, ZHP, Związkiem Sybiraków). Za swoje zasługi został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej oraz Medalem Zielonego Feniksa (za zasługi we wspieraniu i upowszechnianiu idei ekoenergetyki).
Polski



